Nie mam się w co ubrać!

Każdy ma swój własny pokój 101. Dla mnie jest to pokój pełen „gryzących ubrań”. Prędzej poszedłbym na stadion pełen obcych ludzi i osobiście przywitałbym się z każdym z nich, ucinając sobie wesołą zapoznawczą pogawędkę, niż założył na siebie coś „gryzącego”.

Nie byłem w stanie wytłumaczyć, ani rodzicom, ani sobie, dlaczego niektóre ubrania są dla mnie OK, a inne – potwornie „gryzą”. Tak właśnie mówiłem: „to mnie gryzie”. Gryzły mnie takie materiały, które wszyscy dookoła nosili bez problemów i uważali za całkiem normalne. Ubranie kalesonów było dla mnie traumą – po raz ostatni miałem je na sobie pewnie w wieku 10 lat. Potem powiedziałem, że nigdy już tego więcej nie założę – i dotrzymałem słowa.

Nie chodzi tylko o to, że nie mogę ubrać pewnych rzeczy. Nie mogę czasem wręcz na nie patrzyć. Mam gęsią skórę, gdy obok mnie siedzi ktoś ubrany w szorstką lub sztywną (lub obcisłą) tkaninę. Mam dreszcze, gdy wyobrażam sobie, że musiałbym założyć strój kolarski (wiecie – te obcisłe spodenki i ściśle przylegające koszulki).

Piekło.

Opracowałem na własny użytek trzystopniową skalę oceny tkanin – ubrań. Dzielę je na trzy grupy:

1. Ubranie miłe. Jest ok, przyjemne, wygodne, da się nosić. Niestety odnoszę smutne wrażenie, że z roku na rok takich ciuchów na rynku jest coraz mniej.

2. Ubranie nieprzyjemne. Trochę „gryzie” lub jest sztywne / szorstkie, ale da się to wytrzymać. Często po „znoszeniu” i około 75 praniach mięknie i przechodzi do kategorii 1. Do tej grupy należą również rzeczy normalnie należące do kategorii 1, ale świeżo wyprane.

3. Nie ma pieprzonych szans! Coś, czego ubranie jest fizycznie niemożliwe. Próba założenia kończy się reakcją traumatyczną i spektakularnym zerwaniem „tego” z siebie. W ciuchu typu 3 czuję się jak Herakles po ubraniu koszuli wypranej przez Dejanirę – mam ochotę zerwać to razem ze skórą i mięsem. Masakra! Ciężko mi o tym nawet spokojnie pisać. Nie ma żadnych szans na zmianę kategorii. Choćby to nosić nawet tydzień, nie „zmileje” ani deczko.

W swoim życiu spotkałem wiele ciuchów należących do kategorii 3. Wszystkie znane mi rodzaje kalesonów. Swetry. Wszystko, co zawiera wełnę. Wiele bawełnianych koszul. Niektóre spodnie. Może to być nawet szalik.

Nie znalazłem żadnej reguły. Mogę mieć przed sobą dwa podkoszulki ze stuprocentowej bawełny. Jeden jest bardzo „miły”, a drugi – całkowicie nieubieralny. Od czego to zależy? Nie mam pojęcia. Wiem tylko jedno: nic, ale to absolutnie nic nie da się z tym zrobić. Nic! Totalne nic. Po prostu nie.

Co to za życie, gdy nawet zakup najbardziej podstawowych ciuchów staje się wyzwaniem wielkiego kalibru?

Jest jedna dobra wiadomość. Najbardziej odporną na „syndrom gryzienia” częścią ciała są stopy. I całe szczęście, bo nie spotkałem nigdzie nieobcisłych skarpet.