Łańcuch pchany pod górę

Zawsze marzyłem, aby umieć namalować konia, który wygląda jak koń. Na przykład konia, bo zadowoliłoby mnie właściwie cokolwiek, co wygląda z grubsza chociaż realistycznie.

Kiedyś udało mi się namalować konia, który wyglądał jak pies. Tak przynajmniej twierdzili rodzice. „Ładny piesek” – mama kiwa głową z uznaniem. Byłbym gotów nawet zmienić zdanie – i przysiąc, że moją intencją było namalowanie psa, ale mimo bardzo młodego wieku nie byłem już wtedy naiwny. Wiedziałem, że ten koń, wyglądający jak pies, wcale nie wygląda jak pies.

Za to domki rysowałem całkiem ładne. Wszystkie pięknie płaskie, cudownie prostokątne, z obowiązkowym dymem z komina i drogą wiodącą zawijasami wprost do drzwi. I czasem obok samotne drzewo, które wyglądało jak lizak albo choinka zapachowa do samochodu. Do tego nieodzowny urozmaicony horyzont, chmurki na niebie i słońce – takie z promieniami, ma się rozumieć.

Tak czy inaczej, plastyka była dla mnie udręką. Była też udręką dla moich rodziców, którzy sporo musieli namalować za mnie. Miałem ochotę rozstrzelać tych wszystkich złych ludzi, którzy kazali mi się tak męczyć. Nie pamiętam mojego ostatniego rysunku, ale karierę artysty-plastyka porzuciłem bez żalu. No, nie całkiem bez żalu. Tak bardzo chciałbym umieć rysować!

Ale to była dla mnie ważna lekcja. Właśnie na tym przykładzie bardzo wcześnie nauczyłem się dwóch fundamentalnych prawd: że są rzeczy niemożliwe i że nie jestem w stanie spełnić wszystkich kryteriów.

Kryteria. Wtedy jeszcze nie znałem tego koszmarnego słowa. Bardzo wcześnie jednak – może to było w czwartej klasie, może w piątej – doszedłem do wniosku, że szkoła może i jest trochę po to, aby uczyć, ale bardziej jest po to, aby oceniać. A żeby mierzyć i oceniać, niezbędne są kryteria.

Kryteriów z plastyki oczywiście nie spełniałem. Kryteria z wychowania fizycznego spełniałem z najwyższym trudem, w minimalnym stopniu. Ledwo mieściłem się również  w normatywach z zajęć praktyczno-technicznych. Na szczęście w tej ostatniej specjalności mój Tata był lepszy niż wszyscy nauczyciele razem wzięci, a ponieważ wiele rzeczy należało wykonać w domu, to… sami rozumiecie. Ale na WF-ie Tata za mnie biegać nie mógł, więc… sami rozumiecie. Jak w starym sportowym powiedzeniu: dobiegałem do mety wtedy, gdy niektórzy koledzy byli już w szatni.

Doskonale za to spełniałem wszelkie kryteria z na lekcjach muzyki, podczas gdy niektórzy koledzy, na przykład ci szybkobiegacze, wypadali tu tragicznie. Nigdy nie zapomnę żenujących scen śpiewania piosenek na ocenę. Mój Boże, niektórym chłopakom nie zgadzała się ani jedna nuta! Beczenie połączone z wyciem! Brak słuchu, brak głosu, na dobitkę jeszcze mutacja, i … sami rozumiecie.

Nigdy się z nich nie śmiałem. Nawet jeżeli miałbym ochotę się zaśmiać, natychmiast przypominałem sobie swoje malunki albo popisy gimnastyczne. Człowiek, który bez linijki nie potrafi narysować prostej kreski, a na gimnastyce jako tako wychodzi mu tylko przewrót w przód, nie ma prawa się śmiać z najbardziej nawet fałszującego kolegi.

Nikt z nas nie spełnia wszystkich kryteriów.

Każdy z nas spełnia inne kryteria.

System, który ocenia ludzi według tych samych kryteriów we wszystkich dziedzinach, jest barbarzyński.

To bardzo ważny wniosek w czasach, gdy z jednej strony zaliczamy tyle porażek, a z drugiej strony na każdym kroku mówią nam, że „możesz wszystko”, a nawet wręcz „powinieneś wszystko”. Szkoła uczy wszystkiego i od wszystkich wymaga tego samego. Predyspozycje, talenty, a tym bardziej zainteresowania – to wszystko formalnie rzecz biorąc nie ma wpływu na ocenę. Trzeba spełnić kryteria, takie same dla wszystkich. Trzeba zdobyć określoną liczbę punktów. Tylko po to, aby uzyskać oceny bez znaczenia, a na koniec przynieść świadectwo bez znaczenia.

Właśnie tak! Bez znaczenia! Czy ktokolwiek z was pamięta dziś swoje oceny? Ja pamiętam tylko te z matury (to jedyne świadectwo, które faktycznie przekłada się na coś konkretnego w życiu) i największe porażki – czyli sytuacje, w których czułem się skrzywdzony lub poniżony. Resztę słusznie pochłonęły mroki niepamięci,  tylko niestety nikt mi już nie zwróci tych wszystkich dni zmarnotrawionych na uczenie się rzeczy bez znaczenia, tylko po to, aby spełnić kryteria bez znaczenia.

***

Pamiętam, że gdy byłem całkiem jeszcze małym Mateuszkiem, bardzo lubiłem mówić, że „nie da się”. Mówiłem tak wtedy, kiedy faktycznie się nie dało, a także wtedy, gdy tylko wydawało mi się, że się nie da. Oczywiście tak samo mówiłem, kiedy dobrze wiedziałem, że zadanie jest możliwe do wykonania, ale mi się nie chciało.

Wtedy Tata mówił mi: „nie da się – to pchać łańcucha pod górę”.

To prawda, że większość rzeczy na świecie „da się”. Że sami sobie budujemy bariery. Że często powstrzymuje nas strach lub lenistwo. Albo brak wiary w siebie. Ale jeżeli ktoś z tego wyciąga wniosek, że rzeczy niemożliwych nie ma w ogóle, popada w drugą skrajność. Bo to po prostu nieprawda.

Próbowaliście pchać łańcuch pod górę? A ubrać kask na lewą stronę?

No właśnie.

W ten sposób rozbudza się w człowieku płonną nadzieję, że może osiągnąć coś, co tak naprawdę jest niemożliwe. A przecież motywacja, zaciśnięcie zębów i ciężka praca nie zawsze wystarczają. Jak w tym starym kawale: „Gdybyśmy mieli blachę ocynkowaną, moglibyśmy produkować konserwy. Ale nie mamy mięsa”. Gdybyśmy uwierzyli w siebie, harowali do upadłego i otworzyli połączenie kanałem energetycznym z guru, odnieślibyśmy wielki sukces. Ale nie mamy predyspozycji.

Są tacy, którzy mówią, że „talent nie istnieje”, ale każdy, kto zajmował się jakąkolwiek dziedziną faktycznie wymagającą posiadania szczególnych uzdolnień, wie że to bzdura. Wiedzą to na przykład nauczyciele muzyki lub śpiewu. Od czasu do czasu przychodzi do nich ktoś, kto ma Pierwszy Stopień Słuchu Muzycznego – czyli odróżnia, kiedy grają, a kiedy nie grają. Przychodzi i mówi, że marzy o karierze piosenkarskiej. „Proszę mnie nauczyć śpiewać, bo chcę zostać drugim Piaskiem”. Dobry nauczyciel z reguły już po kilku minutach wstępnego przesłuchania wie, że to mrzonka. I teraz wyobraźmy sobie, że zamiast powiedzieć naszemu niedoszłemu artyście prawdę, będzie podtrzymywał jego nadzieje i wmawiał mu, że da radę, że jeżeli tylko będzie chciał i sumiennie pracował, to sceny całego świata stoją przed nim otworem. Bo talent nie istnieje.

Jak myślicie, czy dzięki temu nasz „nowy Piasek” faktycznie nauczy się śpiewać? I czy nazwiemy takiego nauczyciela wybitnym motywatorem, czy raczej jednak kłamcą i oszustem?

No właśnie.

Talent oczywiście istnieje, do wszystkiego można albo mieć predyspozycje, albo nie mieć ich za grosz. Technicznie dzisiaj każdy może nie tylko śpiewać, ale również grać, komponować, nagrywać, a nawet wydawać płyty. Wszystko to w domu, na sprzęcie będącym w finansowym zasięgu każdego przeciętnego Kowalskiego. Tylko co z tego? To, że mam fortepian, nie oznacza, że mogę być Mozartem.

Więc jeżeli ktoś będzie mnie przekonuje, że „mogę wszystko”, że „wystarczy chcieć, a spełnią się wszystkie marzenia”, że „sky is the limit” i temu podobne złote myśli – zachowuję dystans, bo wiem, że tak nigdy nie będzie. Każdy człowiek może mieć udane życie i osiągnąć sukces – ale nie w każdej dziedzinie. Mogę spełnić swoje marzenia, ale tylko te, których spełnienie jest fizycznie możliwe. Choćbym nie wiem jak gorąco marzył o grze w lidze NBA na pozycji centra, na pewno nigdy nim nie zostanę. I to nie dlatego, że jestem za stary (chociaż jestem). Przede wszystkim dlatego, że w porównaniu do centrów koszykarskich mam wzrost siedzącego psa – i do dwóch metrów „trochę” mi brakuje.

Musimy umieć oceniać swoje możliwości i ograniczenia realistycznie.

To pozwala odróżnić marzenia od mrzonek.